Felieton: Konieczna pobudka (Karolina Maćkowiak)

Kategoria:: Felietony |

Profestor Ken Robinson, uznany w skali światowej pisarz, mówca i doradca, lider w dziedzinie rozwoju kreatywności, innowacyjności i zasobów ludzkich, twierdzi, że „w przedwczorajszych szkołach wczorajsi nauczyciele uczą dzisiejszych uczniów rozwiązywania problemów jutra”.
tumblr_kofgqfXtMR1qzld6yo1_400_large
Przesadza? Patrząc na niektóre szkoły albo lepiej – na niektórych nauczycieli – zdecydowanie można powiedzieć, że współczesny świat wymaga zmian w szkolnictwie. Robinson słynie z prezentacji, w której przedstawia aktualny proces edukacji jako taśmociąg, na którym siedzą dzieci tego samego rocznika, a na jego końcu są pakowane jak bombki choinkowe, sprawdzana jest ich miara, waga, kolor itp., czyli wszystko to, czego wymaga, a właściwie za co zapłaci nabywca. Na pudełku przybijana jest pieczęć z datą produkcji. Tymczasem w pierwszej klasie szkoły podstawowej widać, jak na dłoni, że „data produkcji” nie ma znaczenia i o niczym nie świadczy. Jeden sześciolatek może być bardzo dojrzały, potrafiący czytać ze zrozumieniem i obok jego rówieśnik bardzo wrażliwy i nie znający całego alfabetu. Czy jest sens ich oceniać i porównywać, skoro nie wiemy, jaką drogę przeszły? Z jakiego punktu startowały? Być może ten, który świetnie czyta, ma niepracującą zawodowo mamę, która czyta mu godzinami, chodził do świetnego przedszkola i miał wokół siebie mnóstwo inspiracji do rozwoju. Drugi być może chorował, albo po prostu spędzał czas na zabawie klockami i skakaniu na trampolinie, bo akurat taki ma temperament. Jeden i drugi są świetni, ale różni i ta różnorodność nie ma nic wspólnego z datą ich narodzin. Uczniowie nie muszą, ba – nawet nie mogą, uczyć się tego samego w tym samym tempie, bo są różni od samego początku. Nie ma więc sensu to, aby przymusowo zapędzać uczniów w rywalizację, ocenianie, porównywanie i w cały ten mechanizm „wyścigu szczurów”. Wtedy przecież sukces jednych staje się porażką drugich.
Wnioski, które tak łatwo można zauważyć własnym okiem, podparte są też badaniami naukowców. Dlatego tak ważne są pytania, które stawia dr Marzena Żylińska, zajmująca się metodyką i neurodydaktyką. Propaguje ona wprowadzenie do szkół nowej, opartej na wnioskach płynących z neuronauk, kultury edukacyjnej. Żylińska pyta, czy chcemy przygotowywać młodych Polaków do roli kreatywnych, innowacyjnie myślących twórców, czy raczej będziemy wspierać naukę „po śladzie” i nagradzać tych, którzy potrafią powielać znane schematy i najlepiej się dostosować? Czy celem jest wychowanie ludzi umiejących wyrażać własne czy cudze myśli? Czy szkoła ma ograniczać się do przekazywania informacji, czy powinna również rozwijać kreatywność, umiejętność pracy w grupie, czy zdolność wyszukiwania i selekcji informacji? Czy chcemy rozwijać u uczniów jedynie tzw. twarde kompetencje, które łatwo sprawdzić za pomocą testów, czy również te miękkie, o które coraz głośniej dopominają się pracodawcy? Czy miarą sukcesu edukacyjnego powinna być liczba zdobytych na teście punktów, czy raczej to, czy uczeń rozwinął w szkole swoje zainteresowania i zachował chęć do nauki? Problem jest w tym, że mówiąc o szkole, wszyscy mamy przed oczami tę, którą znamy, ale to przecież nie znaczy, że szkoły nie mogą wyglądać i funkcjonować inaczej. Na szczęście wiele oddolnych inicjatyw świadczy o tej „pobudce” szkoły. Szkoła przecież nie ma być fabryką. Wielu już rodziców nie chce, aby ich dziecko było przedmiotem na taśmociągu w szkole-korporacji. Mam nadzieję, że wkrótce znajdziemy lekarstwo na ten wirus testomanii i w dzisiejszych szkołach, dzisiejsze dzieci zaczną być szczęśliwe, a nie tylko oceniane, zestresowane i ścigające się o „szóstkę”, która nie ma znaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>