Gałązki Wielkie: 51 lat działalności minęło

Kategoria:: Aktualności,Fotorelacje,Powiat Ostrowski |

Rozmowa z Kazimierzem Orłowskim, współwłaścicielem wielkiej firmy PPHU Orłowski Sp.J. Orłowski i Wspólnicy z Gałązek Wielkich, którą otworzył w 1964 roku, a dzisiaj kieruje nią wraz z synem Marianem. Zaczynał od zera. Dzisiaj zatrudnia ponad 80 pracowników, posiada własną flotę 20 samochodów ciężarowych. Jest producentem pojemników siatkowych. Cenionym dostawcą, wymagającym, ale dobrym szefem.

Muszę powiedzieć, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego co zobaczyłam, tym bardziej, że wiem, iż zaczynał pan praktycznie od zera.
- To prawda. W 1964 roku zaczynałem w małej szopce, w gospodarstwie rolnym. I w takiej szopce prowadziłem dwie działalności – rolniczą i naprawę maszyn.
W 1969 roku albo 1970, dziś już dokładnie nie pamiętam, zająłem się transportem. Jako jedyny w województwie poznańskim dostałem wtedy koncesję na transport. Miałem samochód ciężarowy „Star”. Pamiętam, jak wszyscy się wtedy dziwili i pytali ,,panie Kaziu, jak pan to załatwił’’? Ja się wtedy tylko uśmiechałem i mówiłem: „mam w życiu trochę szczęścia”. Wkrótce dostałem pierwszą koncesję na wożenie śmieci.

I co było dalej?
- Mieszkałem na terenie rolniczym, na którym zawsze było bardzo dużo warzyw. Ktoś mi podpowiedział, żebym spróbował dostać koncesję na kraj na wywóz płodów rolnych. No to pojechałem do Poznania i dostałem. Wtedy wreszcie poczułem się „paniskiem”. Jeździłem już po całej Polsce. To były tygodnie ciężkiej pracy, łóżka nie widziałem. Miałem tylko czas, aby się przebrać i jechałem z powrotem.

Jakim wtedy samochodem Pan jeździł?
- „Starem”. Czasami nawet trzy razy dziennie do Poznania z kapustą. To był wysiłek, przecież nie było takich dróg jak dzisiaj. Zarabiałem wtedy za trasę do Poznania 1200 zł, a za 200 zł wlewałem paliwa do zbiornika. Czyli tysiąc złotych było na ,,czysto’’ za jeden kurs. Dziennie więc trzy tysiące.

Tyle Pan osiągnął. Jest Pan samoukiem?
- Samoukiem pewnie też, ale od 1958 roku uczyłem się w Ostrowie w takiej spółce Kolanowski, Suchorski i Gąsiorek. Tam robiliśmy wszystko, od pługa, przez traktor, do samochodu. Po czterech latach nauki jako mechanik samochodowy, Cech Rzemiosł Różnych w Ostrowie wysłał mnie na pół roku do Lublina do Fabryki Samochodów Ciężarowych i tam pracowałem. Później pracowałem cztery lata w WPTH jako mechanik samochodowy, ale mnie ta praca nie sprawiała satysfakcji. Chciałem pracować na własny rachunek. I tak od pierwszego lipca 1964 roku zacząłem pracę na swoim. Na początek miałem młotek, proste narzędzia i szopkę. I od tego wszystko się zaczęło. Kupiłem samochód. Jak był transport to jeździłem, a jak była jakaś robota na miejscu, to się na miejscu robiło.

A jeszcze w międzyczasie miał Pan kurnik.
- Tak. Ta duża hala, co stoi, to kiedyś był kurnik. Ten kurnik wybudowałem w 1977 roku, a w 1980 roku spalił się doszczętnie. Zaraz postawiłem nowe mury. Przyszedł silny wiatr i je „zdmuchnął”. Nie załamałem się jednak, tylko nadal odbudowywałem. I tak z tymi kurnikami trwało do 1990 roku. Wtedy zrobił się krach i z tego kurnika zrobiłem halę napraw.

I tak się zaczął kolejny etap zawodowej pracy?
- Tak. Transportu trzymałem się nadal, jeździłem do Niemiec. Kupiłem mercedesa o 24 tonach ładowności i woziłem różne rzeczy. Wtedy na granicy stało się po 20 godzin w kolejce, a za zezwoleniem w Warszawie czasami trzy dni. W tym czasie wziąłem się za remontowanie pojemników. I w 1990 roku zacząłem naprawiać pojemniki siatkowe. W okolicy byłem trzydziestym drugim, który to robił. Jak się ta robota skończyła, to się wziąłem za pojemniki UIC odbiorowe, w 1995 roku dostałem licencję z Austrii i zacząłem produkować nowe pojemniki.

Kto jest odbiorą tych pojemników UIC?
- Cała Unia Europejska. To są przede wszystkim pojemniki dla firm, które produkują samochody, takie jak: Mercedes, BMW czy Audi oraz do różnych magazynów. Przypomina mi się taka śmieszna sytuacja. Mamy rodzinę w Kanadzie. Dzwoni kuzyn i mówi: ,,Słuchaj, te twoje pojemniki są u nas w markecie, a w nich są łopaty, które z Niemiec przyjechały’’. I tak, widzi pani, te nasze pojemniki krążą po świecie.

I przez cały czas ma Pan zbyt?
- W 2009 roku było wielkie zawahanie. I tak to trwało do połowy 2010 roku. Wtedy włożyłem w tę firmę 1,5 miliona. Co dzień rano przychodziłem i liczyłem, ile dzisiaj dołożę.
Żeby nie zwalniać ludzi, robiliśmy różne prace remontowe, po prostu mniej potrzebne rzeczy. Opłotowaliśmy cały teren. Odeszło też kilku pracowników, bo już nie zarabiali tyle, ile kiedyś. Nie czekali na przetrwanie, tylko szukali lepszej roboty.

Miał Pan problemy z pracownikami?
- Tak. Zadzwoniłem do Warszawy, do agencji pośrednictwa pracy, i ściągnęli mi Ukraińców. W ciągu trzech dni dzisiaj razem chyba ze czterdziestu.

Czy widzi Pan różnicę w pracy między naszymi pracownikami a ukraińskimi?
- Tak. To są ludzie innej kultury. Często nie znają języka. Trudno z nimi się porozumieć.

Oni też śpią tutaj na miejscu?
- Tak. Zajmują teraz mój pierwszy wybudowany przeze mnie w 1980 roku dom. My wybudowaliśmy nowy, a stary dostosowałem do pracowników z Ukrainy. Mają pokoje, 2 kuchnie, 4 łazienki, pralnię. Warunki bardzo dobre.

Mam takie wrażenie, że zna Pan dobrze każdego pracownika, że pracownicy nie są Panu obcy, że nie jest to relacja szef-pracownik. O każdym potrafi Pan powiedzieć coś ciekawego. Widzę, że świetnie się pan orientuje w tym, kogo Pan zatrudnia.
- Jako szef firmy muszę. Co ja bym tu szukał, gdybym nie wiedział, co się dzieje. Ja muszę wszędzie być. Rano o szóstej jestem już w firmie. Siedzę tak do dwudziestej.
W tej chwili zatrudniam ponad 80 osób, a były czasy że miałem nawet 120.

Ma Pan też 20 samochodów dostawczych. Widzę wszystkie jak nowe.
- Tak, mamy auta jak nowe, dbamy o nie. Najstarsze mają 6 lat.

Jak godzi Pan pracę z życiem rodzinnym, jeśli tyle czasu spędza Pan w firmie? Czy rodzina jest dla Pana ważna?
– Mam żonę, dwóch synów i mam córkę. Jeden syn ma swoją firmę transportową, córka mieszka w Kaliszu, ma zakład fryzjerski, a syn Marian kieruje firmą ze mną. Rodzina jest ważna. Doświadczyłem tego, kiedy spalił się kurnik, miałem w rodzinie wsparcie.

Wyjeżdża Pan czasem na urlop, ma Pan jakieś hobby?
- Praca w mojej firmie to moje hobby. A urlop? Tak, kiedyś miałem, kiedy leżałem w szpitalu 40 dni. To wszystko.

Z czego jest Pan dumny?
- Jestem dumny z firmy, pracowników, którzy na ten sukces pracują, ale przede wszystkim z tego, że w kraju zostały moje dzieci i wnuki. Nikt nie wyjechał za granicę. Dzisiaj firmę prowadzi się ciężko, znacznie trudniej niż w „komunie”. Dzisiaj już bym jej pewnie po raz drugi nie otworzył. Ale jest to nasz kraj, musimy tutaj pracować i przekazywać ten dorobek z pokolenia na pokolenie. Dzieci mają prawo iść własną drogą. My, rodzice, musimy tylko czasami umiejętnie na tę drogę wkroczyć.

Rozmawiała
Maria Kasprzak-Raszewska

[nggallery id=829]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>